Proponuję wspaniałą przygodę - rajd rozgrywany od 15 lat , imprezę wspaniałą i niepowtarzalną , w 2005 roku wraz z Wojtkiem Sławińskim mieliśmy okazję przeżyć to na własnej skórze . Dzikie góry , ośnieżone szczyty sięgające 2500 mnpm, 1500 km do przejechania ...
to jedna z przygód ,które mi się podczas tego rajdu przytrafiły:
Zcałej Enduromanii najbardziej w pamięć zapadła mi pewna gwieździsta czerwcowa noc...
Przedostatni dzień zmagań na trasie rajdu Enduromania zmęczył nas gorączką sięgającą 37*C . Wczesnym rankiem ruszyliśmy z Baila Herculane pięknym , malowniczym szlakiem Dunaju biegnącym doliną pomiędzy górskimi pasmami. Jedziemy w dwie ekipy z Polski - TeamExtreme i Los Geriavitos trzy motocykle i KingQuad. Na kołach nawinięte już blisko 1000 km , na tyłkach odciski , na rękach odciski , już na dobrą sprawę nie wiem czy lepiej stać czy siedzieć. W planie mieliśmy zdobywanie punktów za 4 tyś czyli tych najtrudniejszych , najdalej położonych od bazy rajdu , na kołach po asfaltowych dojazdówkach zostało mniej niż pół bieżnika. Grupę podzieliła pogoda i trudy jazdy , w sumie po naradach okazało się że tylko ja mam jeszce wystarczającą ilość determinacji i samozaparcia by jechać po kolejne punkty. A ponieważ ambicja u mnie przeważa nad rozumem uparłem się jechać sam ok 180 km do punktu po pieczątkę. Mój team partner wraz z Los Geriavitos pojechał do odległej o 60 km wiochy szukać hotelu. W planach miałem "połknąć" te 240km bez zapuszczania się w extremalne drogi.
Pierwsza część planu poszła jak po maśle i po kilku godzinach i pokonaniu 180 km znalazłem się w punkcie wyjścia ale już z pieczątką za 4 tyś punktów , teraz wystarczyło "tylko" dojechać do noclegu , i tu zaczęły się schody , na początku dostałem SMSa "nie znaleźliśmy noclegu , jedziemy szukać dalej" i tu pojawiła się nazwa miejscowości oddalonej o kolejne kilkadziesiąt kilometrów . Słońce pożegnało dzięń piękną purpurą , ustępując miejsca rozgwieżdżonej nocy .
Ja wpatrzony w mapę z lekkim niepokojem stwierdziłem że czeka mnie samotna nocna jazda na orientacje przez dzikie górskie pasma Karpat , czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem , zatankowałem przezornie do pełna zbiornik , dzięki któremu mogłem przemieścić się na odległość ok 240km i w drogę!
Możecie sobie wyobrazić : jadę sam nocą motocyklem dookoła mnie dzikie , bezludne tereny , droga to ścieżka kamienisto błotnista , często przegrodzona zwalonymi drzewami lub kamieniami , które z hukiem odpadły od skalnej ściany, kilkadziesiąt kilometrów do najbliższej osady ludzkiej , widać tylko to co w zasięgu reflektora . Nawiguję na GPSa , do którego wgrywam sobię wcześniej tracka z laptopa , bowiem nie mam Garminowskich map Rumunii i na ekranie widzę tylko białą plamę i czerwoną ścieżkę , która mnie wiedzie. Na początku szczęście mi sprzyja , dzikim fartem udaje mi się wybierać właściwe ścieżki na rozwidleniach i mój KTM dzielnie łyka kilometry. Ale szczęście musiało się kiedyś skończyć , a właściwie skończyła się droga... Już od kilkunastu kilometrów miałem wątpliwości , ścieżka , którą narysowałem za bardzo odbiegała od drogi , margines błędu był naciągnięty jak bycze jaja , aż wreszcie droga zamieniła się w dróżkę , dróżka w ścieżkę , ścieżka zaczęła zanikać , aż zatrzymałem się w głębokim wąwozie zakończonym wodospadem.
Kto zna specyfikę górskich ścieżek wie jak mylące bywają drogi zrębowe , drwale rozjeżdżają je tak , że wyglądają na główne drogi , tymczasem prowadzą do nikąd...
Na takiej drodze znalazłem się około godziny 24 , na domiar złego następny SMS mówił że w miejscowości docelowej nici z noclegu i jadą dalej. Laptop do ręki , czytam mapę , z 60 kilometrów dojazdu zrobiłem ok 30 , do przejechania zostalo... 130km, w Karpatach wioski są odległe od siebie niestety. Wyłączyłem motocykl i laptopa , zdjąłem kask i wtem dotarło do mnie w jakiej dziczy się znalazłem , dokoła mnie zapaliło się tysiące ogników , świetliki rozpoczęły swój godowy taniec , ja zamiast świetlików widziałem tysiące par ślepi gapiących się na mnie. Las w górach żyje swoim życiem , noc to pora kiedy ktoś na kogoś nieustannie poluje , dokoła słychać trzaski , pomruki , wycie ... No tak wycie , a ja jestem w Transylwanii , zaraz mnie zeżre jakiś wilkołak , oczyma wyobraźni widziałem już tytuły w gazetach "bezmyślny samotny motocyklista z Polski zginął rozszarpany przez dzikie bestie , na fragmentach kości rozrzuconych po lasach znaleziono ślady olbrzymich kłów..." Oczy zrobiły mi się okrągłe , czym prędzej uruchomiłem motocykl , zapaliłem światło , trochę mnie to uspokoiło , poczułem się bezpieczniej , kontrolki mrugały do mnie : damy radę. Zebrałem się w sobie , przedemną był jeszcze kawał drogi , a ja tą drogę musiałem najpierw odnaleźć. Po godzinie błądzenia doszedłem drogą prób i błędów do tego, że jedyna droga , którą mogę jechać to niewyględna ścieżyna pnąca się dosyć stromo w górę. Ścieżyna ta okazała się właściwą drogą , która poprzez pasmo górskie na wysokości 1200m poprowadziła mnie do malowniczej wioski , w której mieliśmy nocować , a w której koledzy noclegu nie znaleźli. Mimo późnej pory postanowiłem zbudzić autochtona , który miał podstęplować mi kartę drogową kolejnymi 4 tyś punktów. Dobijałem się dobrą chwilę zanim drzwi uchylił przede mną przyjaciel Enduromanii , oczywiście mocno zdziwiony co tak późną nocą robimy w górach i gdzie są moi koledzy. Zdziwienie jego sięgnęło zenitu kiedy wytłumaczyłem mu że jadę sam , myślę że mi nie uwierzył , bowiem wyszedł ze mną przed bramę i długo się rozglądał gdzie są moi towarzysze. Kiedy z plecaka wyciągnąłem laptopa spinając go z Gpsem ustaliłem swoją pozycję z wrażenia usiadł ze mną na murku i bez słowa przyglądał się jak przygotowuję sobię dalszą trasę przejazdu. Myślę że dostarczyłem mu pożywki do opowieści na długie zimowe wieczory:). Tego dnia zrobiłem najwięcej kilometrów na enduro w swoim życiu i w najtrudniejszych warunkach w moim życiu , dziś wspominam to jako wspaniałą przygodę , ale wtedy nie było mi do śmiechu , tym bardziej że w kolejnej wiosce noclegu nie było i w sumie na oparach paliwa dojechałem do większego miasteczka w którym w końcu koledzy załatwili nocleg o godzinie 4.30 nad ranem, o 6 była pobudka i dalsza jazda , ale to już inna historia.
http://www.enduromania.net/